Warning: mysql_real_escape_string(): Access denied for user 'root'@'localhost' (using password: NO) in /home/mrowkowe/public_html/wp-content/plugins/statpress/statpress.php on line 1191 Warning: mysql_real_escape_string(): A link to the server could not be established in /home/mrowkowe/public_html/wp-content/plugins/statpress/statpress.php on line 1191 Warning: mysql_real_escape_string(): Access denied for user 'root'@'localhost' (using password: NO) in /home/mrowkowe/public_html/wp-content/plugins/statpress/statpress.php on line 1194 Warning: mysql_real_escape_string(): A link to the server could not be established in /home/mrowkowe/public_html/wp-content/plugins/statpress/statpress.php on line 1194 Warning: mysql_real_escape_string(): Access denied for user 'root'@'localhost' (using password: NO) in /home/mrowkowe/public_html/wp-content/plugins/statpress/statpress.php on line 1197 Warning: mysql_real_escape_string(): A link to the server could not be established in /home/mrowkowe/public_html/wp-content/plugins/statpress/statpress.php on line 1197 Ten w którym zastanawiam się nad tym czy lubię swiąteczną gorączkę i dlaczego jednak nie

Ten w którym zastanawiam się nad tym czy lubię swiąteczną gorączkę i dlaczego jednak nie

przez 4 No tags Permalink 0

Święta, ludzie tak na nie czekają, jak by faktycznie prosiaki z obory i inne wszelkie boże krówki, miały przemówić właśnie tego roku.

I rok w rok właśnie, jesteśmy świadkami tego samego przedświątecznego szaleństwa.Generalnie nic mi do tego, jak ktoś lubi, to proszę bardzo.Jednakże, bardzo ciężko jest  uniknąć efektów tego zjawiska.No chyba że zakupy robimy tylko online, a z domu co najwyżej wychodzimy do pobliskiego hindusa na kebaba.

Wczoraj miałem „przyjemność” udania się do Westfielda.

Już w metrze wiedziałem że nie będzie lekko.Nic jednak nie przygotowało mnie na szok jakiego doświadczyłem później.Po kolei jednak dojdziemy do tego, czy to historia z happy endem, czy raczej nie za bardzo.

Wszystko ma swój początek parę tygodni wcześniej.Wtedy to w oczy wpada mi pewien gadżet, który kusi mnie jak półnagie syrenki na basenie.Patrzę się jednak póki co tylko przez okno wystawy z myślą że, spokojnie Przemku, jeszcze chwilka…

I tak mija kilka tygodni, gdy z niczego tak sobie nagle dostaje impulsu.To dziś, dziś to kupię.Czas w pracy dłuży się, przeciągając każdą sekundę w nieskończoność, ale nic to.Cierpliwe ze mnie bydle.

Wpadam do domu tylko szybko i rzucam rzeczy, po czym na rozpędzie jeszcze, wylatuję szybkim krokiem do pobliskiego centrum handlowego.

Już z daleka widzę że coś nie gra.Liczę w myślach szybciutko do 10 i uspokajam puls mówiąc sobie że, to drobiazg iż z wystawy wywiało mój cel zakupów.Mają z pewnością na zapleczu coś jeszcze. To pewne.

Uhm…

Uśmiecham się głupio do sprzedawcy, który z równie durnym uśmieszkiem,  informuje że to on dziś, on SAM kurwa, osobiście to sprzedał.W myślach dokonuje szybkiej dekapitacji jego jajek i przefasonowuje mu ryj.Nie przestaje się jednak uśmiechać i wychodzę nim wizja będzie zbyt kusząca, żeby odmówić sobie jej spełnienia.

No tak, jest jeszcze jeden sklep nieopodal.

W górę serca więc, ruszam i nabieram szybko prędkości, o mało co nie zaliczając gleby na przypadkowo umieszczonej, nie stopionej jeszcze kupce śniegu.

Niepotrzebnie jednak tak pędzę.Taka sama durna morda uśmiecha się do mnie kiwając przecząco głową.

Smutny ruszam do domu, nie zważając że podły typ chce mi wcisnąć coś co niby ma być „prawie” takie samo.Prawie, to w akcie smutku i rozpaczy nie wysadzam się w powietrze.

Hmm, chwilka przerwy i w głowie już krystalizuje się kolejny plan.Durny Przemku, jesteś w Londynie do licha.Tutaj MUSZĄ być inne sklepy.I są.

Chytry uśmieszek przemyka po twarzy, a w oczach błyska iskierka nadziei.

Metro zapchane.Dlaczego ci ludzie akurat dziś muszą jechać tam gdzie ja?

Jakaś baba nabija mnie na parasolkę jak nabija się szaszłyki na rożnie mijając o włos narządy od, których zależy przyszłość mojej rodziny.E no, do piczy, marszczę się z bólu dziękując za telefon w kieszeni, który przejmuje główny impakt uderzenia.Się wie, w końcu to telefon Dżejmsa Bonda, tak mi w salonie O2 kiedyś powiedzieli.

Resztę podroży spędzam, lawirując odważnie pośród tego motłochu, nie zważającego na otoczenie.

Stacja docelowa.Oddycham z ulga świeżym powietrzem, które uderza we mnie już na ruchomych schodach z silą małego huraganu.Kto był na stacji Shepperds Bush, wie co mam na myśli.

Okazuje się że radość jest przedwczesna, najgorsze dopiero przede mną.

Ja jebie, kogoś chyba pogięło, mruczę pod nosem widząc ten kilkutysięczny tłum ludzi.Okej, biorę oddech i zaczynam mozolną wędrówkę, przez mękę jak się okaże.

Po 5 minutach zaczynam odnosić wrażenie że tylko ja wiem po co tu przyszedłem.Cała reszta sprawia wrażenie poruszających się randomowo lemingów.

Wchodzę do centrum i w jednej sekundzie przypominam sobie dlaczego nie lubię tu robić zakupów.W tej niejako największej galerii handlowej w Europie, tylko kobiety potrafią się odnaleźć.Ja czuje się jak goryl we mgle, błądząc po omacku i zastanawiając się gdzie jest sklep którego szukam.Mógłbym oczywiście skorzystać z terminali które są dość gęsto rozmieszczone, ale jak mam to zrobić jak wokoło nich kłębią się tłumy nie mniejsze niż w Hamleyu, przed wigilią.

Zaczynam się denerwować cała ta sytuacją.Pot leje się ze mnie jak z dziwki w kościele spływając po czole, które odbija wszelkie światła z siła kilku luksów, oślepiając wszelkie żywe organizmy w promieniu 2 metrów.Nie zważając na to jednak idę dalej.

Nie jest lekko jednak, co rusz odbijam się od jakiś śniętych panienek, które przyszły kupić absolutnie wielkie nic, a do tego za cel wzięły sobie, utrudnienie życia innym, a mi już na pewno.

Po drugiej stronie barykady widzę mężczyzn.Trzymających się kurczowo torebek swoich lepszych polówek i z wyrazem twarzy na których maluje się obraz całkowitej beznadziejności.Takie zombie XXI wieku.

Nie ma czasu jednak o tym dłużej myśleć, ja WIEM co chce kupić.

Kręcę się jednak po okolicy, szukając mego sklepu, jak kręcić się może tylko gówno w przeręblu i miotam się na lewo i prawo.W gorę i w dół.W te i wewte.Brak okularów tylko pogłębia kryzys.Gdybym jednak je miał spłynęły by z potem mi z nosa.

Oho, kibelek widzę.Tam znajdę odrobinkę orzeźwienia i spuszczę z kija.

No i znalazłbym je i zrobił co należy, gdyby nie tylko jakaś 20 metrowa kolejka.

Poddaje się i tylko zaciskam nogi mocniej.Pot wykręcę później z bluzy myślę oddalając się nieznacznie na bok by obmyślić nowy plan.

I właśnie wtedy, w chwili największego zwątpienia, gdy już miałem chęć się zwyczajnie położyć na glebie i dać się stratować, zauważam tabliczkę na jednej z kolumn z nazwą której szukałem.Jeszcze nie dowierzając, patrze uważnie, czy aby mój astygmatyzm nie daje znać o sobie i nie stroi sobie okrutnych żarcików.

Nie, nie stroi i sklep jest gdzie być ma 🙂

Uśmiecham się w końcu do siebie i gratuluje sobie samozaparcia.

Do domu wracam spocony, zmęczony i psychicznie stłamszony, ale z bananem na ryju jaki dawno nie gościł na mym licu.

No cóż, tak by to było na dziś.Jest happy end?Jest.Czy lubię świąteczna gorączkę?Tutaj już tytuł posta przewrotnie daje odpowiedź, ale ludzie poszli oglądać  Gwiezdne Wojny 1, 2 i 3 wiedząc i tak kto jest Vaderem.

Pozdrawiam.

A na koniec sobie i Wam na złość bo sezon się zaczyna, muzyczna „niespodzianka” 😉

0
4 Comments
  • Ania
    Grudzień 11, 2010

    troche za brutalne jak dla mnie tym razem …
    naprawdę lubię Cię czytać, no ale tym razem pokręcę jedynie nosem 😛

  • sznurek
    Grudzień 11, 2010

    rozumiem i dziękuję za opinie 😉

  • marek
    Grudzień 12, 2010

    Łączę się w bólu 🙂 To taka prawidłowość zakupów. Coś Ci chodzi po głowie, widzisz to na wystawie / półce / w koszu przez tygodnie, jeśli nie miesiące, oczywiście w zajebistej cenie. W dniu, w którym decydujesz się na zakup okazuje się, że towar sprzedano / wycofano z produkcji / zdrożał pięciokrotnie / został jeden uszkodzony i w sumie niekompletny egzemplarz. Haha… jak mnie to czasem wku*wia 🙂

  • sznurek
    Grudzień 12, 2010

    no, Ty mnie choć rozumiesz 😉

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.